To miały być cztery noce spędzone w Wilnie, skąd codziennie z Madzią mieliśmy penetrować okolice w promieniu 200 kilometrów…

Wyjazd z domu wyglądał obiecująco. Słoneczko i milusio. Po drodze w Olsztynie obiad u rodziców Złotnika, potem zderzenie z największą porażką polskiego hotelarstwa – Zajazd „Private” w Suwałkach – omijajcie. Następnego dnia rano, na granicy spotkaliśmy parę Rosjan na Pan European. Wołodia (45l.) i jego młodsza towarzyszka Olga byli z Moskwy, a podążali do Pragi – brawo! No i właśnie wraz z momentem przekroczenia granicy polsko-litewskiej pogodę trafił szlag. Do Wilna dojechaliśmy przy temperaturze 3-4 stopni w towarzystwie śniegowej mżawki gdzie czekał na nas  zarezerwowany Hotel Centrum Uniquestay (patrz zakładka linki) z wszelkimi wygodami. Zmarznięci zabraliśmy się za opróżnianie pokojowej lodówki nie patrząc na barbarzyńską cenę rozgrzewających trunków.

W związku z panującym zimnem i brakiem cywilnych, ciepłych ciuchów nieźle dostaliśmy w kość, a nasz 4 dniowy lokalny przebieg ograniczył się do wyniku 130 km przebiegu! Aż dziw ile zdołaliśmy zobaczyć, może żeby nie przedłużać poprostu wymienię: jedyny na świecie pomnik Franka Zappy,  największe w krajach nadbałtyckich targowisko handlowe popularnie nazwane Bazar,  jedyne uznane przez Centrum Rekordów Guinnessa geograficzne Centrum Europy i nieporozumienie – Park Europy czyli kilkadziesiąt hektarów lasów z rozsianymi rzeźbami artystów m.in. z USA i Japonii czyli prawie Europy 🙂

Mieliśmy jeszcze zakusy, aby w drodze powrotnej do domu pojechać drogą okrężną przez Druskienniki, gdzie w miejscowości Grutas znajduje się Muzeum Komunizmu ale pogoda nas zniechęciła i jednym susem wróciliśmy do domu. Ciekawostką było to, że na naszej ziemi przywitała nas piękna wiosenna pogoda.

Litwę zdecydowanie polecam – jest blisko, niskie ceny, niezłe żarcie – super chleb i dobre drogi. Podstawowym minusem jest rygorystyczna Policja i jej taryfa razy 5 🙂